Zabić UE i PRL?
Omykiem po klawiszach
Kiedy przed referendum w sprawie akcesji do Unii Europejskiej, ktoś zapytał mnie, czy warto być za, odpowiedziałem, że jedynie chyba tylko dlatego, że podobnie jak niegdyś my, mieszkańcy „najweselszego baraku w socjalistycznym obozie”, doprowadziliśmy do upadku tę socjalistyczną wspólnotę pod wodzą Rosji, tak też jako członkowie UE możemy stać się drożdżami rozsadzającymi ten jakże socjalistyczny twór.
Tydzień temu na forum europarlamentu nasz minister od braku pieniędzy, czyli dla Polaków Jan, a dla europejczyków Vincent Rostowski grzmiał, że rozpad strefy euro w wyniku wyjścia z niej Grecji, to koniec UE, a w efekcie nawet wojna. Nie powiedział, kto z kim miałby wojować, ale dodał, że jeden z jego przyjaciół zastanawia się nad „zielonymi kartami” w USA dla swoich dzieci. Dziwny to nieco wybór, biorąc pod uwagę, że to od upadku amerykańskiego banku datuje się początek obecnego kryzysu, którego skutkiem jest między innymi trudna sytuacja Grecji. Ale nie tylko Grecji.
Tydzień temu kolejny już pakiet oszczędnościowy uchwalił włoski parlament, a wczoraj agencja ratingowa obniżyła ocenę włoskiej wiarygodności pożyczkowej. A inne państwa, jak Hiszpania, Portugalia, Irlandia wciąż pozostają „chorymi” europejczykami. Jeśli mówić o wojnie to powiedzieć trzeba, że wprowadzenie euro to przejaw ekonomicznej wojny o prymat w świecie, toczonej przez UE z USA. Widać to chociażby stąd, że najwięksi zwolennicy euro, Niemcy i Francja to najbardziej antyamerykańsko nastawieni członkowie UE, a większość tych, którzy są zwolennikami współpracy a nie rywalizacji z USA do strefy euro nie przystąpiło. I kto pamięta dziś, że zdaniem miłościwie nam premierującego receptą na walkę ze światowym kryzysem miało być przystąpienie Polski do strefy euro, a myślący odwrotnie szef PiS odsądzany był z tego powodu od czci i wiary.
Natomiast obecnie ekonomiści dość zgodnie mówią, że posiadanie naszego polskiego złotego złagodziło skutki kryzysu, pomagając tym samym premierującemu, by mógł się chwalić zieloną wyspą wzrostu gospodarczego na tle czerwonej Europy spadku PKB. Jeśli utrzymanie strefy euro oznaczać by miało przejęcie całkowitej kontroli nad gospodarkami narodowymi przez brukselskich eurokratów, to jednak chyba lepiej, by się ona rozpadła, a brutalniej mówiąc została zabita. Czymś co powinno rzeczywiście Europę spajać powinny być wartości chrześcijańskie, które budowały jej tożsamość, wartości, które w obecnej UE są nie tylko pomijane milczeniem w jej „konstytucji”, ale co więcej bezlitośnie atakowane przez różnego rodzaju środowiska „kochających inaczej”, „wierzących inaczej”, krótko mówiąc eurolewaków.
Informacja o wniosku do Trybunału Karnego w Hadze dwóch amerykańskich stowarzyszeń osób poszkodowanych przez pedofilię księży katolickich o ściganie papieża i trzech innych kościelnych hierarchów to przecież niezależnie od sądowych szans tego wniosku uderzenie w podstawy eurosolidaryzmu, o który tak bardzo apeluje nasz premierujący, który już czwarty rok usiłuje odbudować PRL. Cóż, trzeba zabić UE i PRL?
Wydawać by się mogło, że z brzeskiego punktu widzenia przetrwanie UE to „brzeska racja stanu”. Bo gdyby nie unijne dotacje nie byłoby rozbudowy oczyszczalni ścieków i sieci łączących je z ościennymi gminami, nie byłoby budowy stadionu, nie byłoby rozpoczynającej się rozbudowy zakładu gospodarki odpadami w Gaci i szeregu innych mniejszych inwestycji. Tyle, że te wielkie inwestycje to dokładnie postpeerelowski spadek w postaci sposobu myślenia: „wielkie jest piękne”. Natomiast brak tych pieniędzy wymuszałby odwrotny sposób myślenia: „małe jest piękne”. Sprzyjałby racjonalnemu myśleniu o rzeczywistych potrzebach miasta i mieszkańców. Ostatnio miejscy rajcy zablokowali całkowicie peerelowski pomysł utworzenia scentralizowanej obsługi finansowo – administracyjnej szkół i przedszkoli. Cóż, czy i z brzeskiego punktu widzenia nie warto zabić UE i PRL?
Omyk